Wszystko co związane z Waszą i naszą przygodą przedstawione za pomocą mediów.
Nieograniczone zasoby wiedzy w parze z setkami zdjęć,a wszystko w przyjaznej atmosferze
Zapraszamy !
A.Mason Zaczęło się od tego, że jechaliśmy do Tuchomia wg drogowskazów. Zbliżaliśmy się coraz bardziej, 300, 200, 100, 50, 25 km... Minęliśmy drogowskaz „do Tuchomia 4 km”, jedziemy, jedziemy... jedziemy... przejechaliśmy już chyba z 10 km, a tu nagle znów na drogowskazie wyskoczyło nam na zielonej tablicy 4 km. Zgubiliśmy się, czy wpadliśmy w jakiś Trójkąt Kaszubski? Na szczęście okazało się, że po prostu ktoś nam zrobił psikusa i najprawdopodobniej na pierwszym drogowskazie schował jedynkę przed czwórką. W każdym razie na szczęście dojechaliśmy. W pierwszy dzień okazało się, że nie zrobimy zdjęć. Było za późno, ciemno, i byliśmy zmęczeni. Ważniejsza była kolacja. W drugi dzień, w sobotę – było zimno. Okropnie zimno. I deszcz! Nie zapominajmy o deszczu. Tylko śniegu brakowało. Ale za to niedziela, ale za to niedziela... Niedziela była dla nas... tyle, że nie cała. Wieczór przebiegł nam pod znakiem obróbki zdjęć na wystawę. A w poniedziałek zrobiło się bardzo pogodnie i słonecznie. No, ale trzeba było przygotować młyn do wystawy... Wtorek upłynął nam pod znakiem przygotowań już wywołanych zdjęć i na wystawie. Podsumowując – dwa mało pogodne dni (w dodatku strasznie krótkie, bo to już przecież październik) na robienie zdjęć do wystawy i wyszarpany mały fragment jednego dnia na zrobienie zdjęć, które na wystawie nie miały już szansy się pokazać. A jednak udało się nam zrobić kawał naprawdę przyzwoitej, fotograficznej roboty, a przy okazji – poznać nowych ludzi i bardzo dobrze bawić... a nawet uczyć.
Ja nauczyłem się sporo, przede wszystkim podpatrując nieco bardziej doświadczonych kolegów fotoamatorów. Pewnie czytając to, będą się zastanawiać... Więc potrzymam ich jeszcze chwilę w niepewności. A co!? Najśmieszniejsze, że będą musieli dalej czytać ten tekst, nie wiedząc, kiedy zdradzę „tajemnicę” i nie mogąc opuścić ani słowa. Czytajcie sobie dalej... Złośliwy jestem, nie? No cóż, taki jestem i nic na to poradzić nie mogę. Au! Kamieniami rzucać nie wolno! To wbrew prawu wojennemu! No dobrze już, dobrze! Już piszę! Nauczyłem się czegoś, co w fotografii jest bardzo ważne, a czego wcześniej nie umiałem... Nie, „nauczyłem się” to trochę złe słowo, „poznałem”, „uświadomiłem sobie” – to będą odpowiednie słowa. Uświadomiłem sobie jak bardzo ważna jest umiejętność nawiązania kontaktu z zupełnie obcymi ludźmi, jak bardzo nawet drobna wiedza wyniesiona z krótkiej rozmowy może inspirować do zdjęć, jak bardzo może ułatwić fotografowanie. Zabrzmi to trochę górnolotnie, ale w Tuchomiu w praktyce zobaczyłem to coś, co wcześniej było dla mnie tylko słowami wyczytanymi w książkach o fotografowaniu, w moim spojrzeniu na fotografowanie dokonał się mały przełom. Jest coś jeszcze – pomimo, że fotografią zajmuję się tylko amatorsko, wielu ludzi nazywa mnie reporterem, bo zawsze i wszędzie kręcę się z aparatem, publikując zdjęcia z różnego rodzaju imprez. Ja dodaję, że jestem reporterem-dokumentalistą, ponieważ równie istotne jest dla mnie fotografowanie detali architektonicznych, a nawet samej architektury, która paradoksalnie bardzo szybko niszczeje, zmienia się we współczesnym świecie.
Dotąd traktowałem swoje fotografowanie jako dokumentalizm, który wartość zyska za kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat. W Tuchomiu w czasie i już po plenerze zostałem zmuszony do zweryfikowania poglądów na swoje zdjęcia. Oczywiście znam historię fotografii i wiem, że już nie raz takie rzeczy miały miejsce, nie spodziewałem się jednak, że ja sam będę miał możliwość wzięcia udziału w czymś, co zmieni świat. Może nie ten duży, nawet nie średni, ale ten malutki - światopogląd niektórych mieszkańców Tuchomia i okolic. To, co miałem okazję zaobserwować na wystawie wśród ludzi, to głównie zaskoczenie, że są rzeczy, które widzą na codzień, ale nie dostrzegają ich. Zaskoczenie, przy odkryciu, że coś, co dotąd było nieważne, na fotografiach i dzięki fotografiom urasta do rangi rzeczy ważnych. Ludwik, który zaprosił nas na plener wiedział już o tym wcześniej – pokazanie mieszkańcom rzeczy pozornie nieważnych, uświadomienie i udowodnienie im, że to także są rzeczy ważne – to był jego główny cel. I co dla mnie równie ważne, przy okazji pokazał to także nam fotografującym. Fotografia to sztuka... i narzędzie. W przypadku pleneru w Tuchomiu – narzędzie bardzo pożyteczne. A że przy okazji wyśmienicie się bawiliśmy? O tym nie będę wspominał. Po co psuć tak podniosły nastrój ?