slider (8).jpg

media_o_nas

Wszystko co związane z Waszą i naszą przygodą przedstawione za pomocą mediów.

forum

Nieograniczone zasoby wiedzy w parze z setkami zdjęć,a wszystko w przyjaznej atmosferze

 Zapraszamy !

fot.-Krzpob.

Co łączy barszcz ukraiński z ekoterroryzmem, bursztyn z plackami ziemniaczanymi z cebulką na ostro i Lwów z fotografią cyfrową? W sumie, to proste zadania i by znaleźć odpowiedź wystarczyło pojechać na plener FujiKlubu na Wyspie Sobieszewskiej.

Czwarty już plener FujiKlubu nie zaskoczył frekwencją - siedmioro fotografujących. Ale z drugiej strony patrząc, to tyle samo co w Legionowie i Tuchomiu...
Na uwagę zasługuje tylko fakt, że tym razem zabrakło "starych" plenerowych wyjadaczy a ich miejsca zajęli nowi. Niektórzy bardzo młodzi.
Położenie Sobieszewa narzucało niejako tematykę pleneru - krajobraz w różnych odcieniach. I ptaki, tyle, że te dość niechętnie współpracowały z fotografami. Te nieliczne, które zdecydowały się pozować, robiły to jednakże bez wielkiego entuzjazmu... jak się łatwo domyślić, jakichś spektakularnych sukcesów na tym polu niestety nie odnieśilśmy. Pogoda sprawiła, że plan wycieczkowo-fotograficzny został wykonany prawie w całości i spowodowała też, że część krajpobrazowa wyszła o wiele lepiej niż cokolwiek innego.
Tak się złożyło, że do Sobieszewa dotarłem pierwszy. Mój samolot lądował w Gdańsku o 11 przed południem, szybko udało mi się odebrać bagaż i dostać do Gdańska. Wiedząc, że jeszcze nikogo nie będzie, pozwoliłem sobie spędzić trochę czasu w Gdańsku i poszedłem coś zjeść do jedynmej knajpy, którą w Gdańsku znam. Potem, uzbrojony w instrukcje Tadeusza, wsiadłem do autobusu i poprosiłem kierowcę o powiadomienie mnie o przystanku Ulica Tęczowa. Jak dojechałem - nie bardzo pamiętam. Już na drugim przystanku przylgnąłem do szyby i oddaliłem się w kierunku nieznanym. Nieprzespana noc i różnica czasu zwyciężyły. Oczy otworzyłem, aczkolwiek bardzo niechętnie, tuż przed drogowskazem pokazującym że w skręcając lewo dojedziemy do Gdańska, a skręcając w prawo dojedziemy... do Gdańska. To obudziło moją czujność, sprawdziłem jeszcze raz numer autobusu i kierunek jazdy - zgadzały się. Pamiętając uwagę Tadka, że przez most można przejechac tylko mając miejsce siedzące, sprawdziłem na wszelki wypadek czy na pewno siedzę. I zacząłem wypatrywać tego zadziwiającego mostu. Gdy już do niego dotarliśmy zrozumiałem ten, do tej pory, niezrozumiały dla mnie przepis - faktycznie przejazd na stojąco mógłby być wyzwaniem... szczególnie po kilku łykach złota w płynie.

Tuż za mostem Pan Kierowca powiedział mi, że już mogę wysiąść, a ulica Tęczowa jest niedaleko we wskazanym kierunku. Czyli byłem już w Sobieszewie i było około drugiej po południu. Zadowolony, że za chwilę pozbędę się bagażu i przyjmę pozycję horyzonatlną dziarsko pomaszerowałem w prawo zgodnie ze wskazaniem Pana Kierowcy. I chyba trochę szczęścia miałem, a może to telepatia była, że w tym momencie zadzwonił Tadek z pytaniem gdzie jestem bo nasi gospodarze już się dopytują dlaczego mnie jeszcze nie ma. Po krótkiej rozmowie okazało się, że w prawo to jest zupełnie niedobry kierunek, a informacja Pana Kierowcy była, krótko mówiąc, błędna i że idę w dokładnie odwrotnym, niż powinienem, kierunku... Gwałtowny w tył zwrot, krótkie zamieszanie z opornymi bagażami i zacząłem podążać w kierunku wymarzonego łóżeczka... Informacja udzielona przez Pana Kierowcę nie tylko była błędna co do kierunku, ale i odległości... tak, że dopiero po ok 25 minutach marszu stanąłem przed drzwiami Bursztynowej Wydmy. Na tym etapie problem był tylko jeden - drzwi był zamknięte...
Nic to, pomyślałem, Pani Gospodyni zapewne znudzona czekaniem na mnie poszła do swoich spraw i należy chwilę zaczekać. Usiadłem więc na murku i zacząłem czekać. Po następnych trzydziestu minutach murek zaczął być niewygodny więc zdecydowałem trochę pochodzić. Potem znów chwilę siedziałem na murku i znów trochę chodziłem...

fot.-Mariola.

Radości nie było końca gdy usłyszałem pytanie "w czym mogę pomóc?" zadane co prawda po polsku, ale z przepięknym akcentem, który wydał mi się bardzo znajomy i przypomniał Szczepcia i Tońcia i wszystkie lwowskie piosenki które słyszałem - później okazało się, że pierwsze wrażenie było jak najbardziej prawidłowe i Pani Gospodyni jest najprawdziwszą Lwowianką. Chyba dobrą chwilę trwało zanim z twarzy zniknął mi cielęcy zachwyt... szybko wyjaśniłem kto jestem i co tu robię, przeprosiłem za spóźnienie (choć na żadna godzinę nie byłem umówiony), dowiedziałem się, że pukam do niewłaściwych, bo nieużywanych, drzwi i w końcu podążyłem do swojego pokoju. Poza tym, że w pokoju królował niebezpiecznie różowy flaming, to było to centrum jakichś zaburzeń w continuum czasoprzestrzennym ponieważ gdy Tadek znów zadzwonił było kilka dobrych godzin później. W sumie to właśnie dzięki Tadkowi uniknąłem śmierci głodowej, jako że była to ostatnia chwila aby wyjść i kupić coś co dałoby się jeść przez najbliższe kilka dni. Przy okazji miałem odebrać z Wyspy Skarbów zaproszenia na wystawę.

Pamiętając, że przede mną dwa święta i trochę dni wolnych od pracy, a także, że jestem leniwy i nie bedzie mi się chciało biegać do sklepu w trakcie trwania pleneru próbowałem kupić wszystko, czego mógłbym potrzebować, za jednym zamachem. Na kwaterę wróciłem więc obładowany niczym pewne przemiłe zwierzątko. I też miałem ochotę powiedzieć "tylko nie miejcie do mnie pretensji jeśli bedzie padać deszcz"...
Po wizycie w trzecim czy czwartym sklepie zauważyłem wyraźne powiązanie pomiedzy orientacją polityczną personelu, a czasem otwarcia sklepu przez najbliższe kilka dni.

Gdy w końcu doczłapałem do kwatery okazało się, że są już kolejni plenerowicze. Tak poznałem Dorotę, Olę, Jacka i Kubę... szybko się okazało, że z Dorotą i Jackiem łączą mnie pewne wspólne zainteresowania i bardzo szybko dołączyliśmy do Państwa Gospodarzy, a stół pod dachem stał się zarówno kwaterą główną pleneru jak i miejscem spotkań towarzyskich.
Tam właśnie pojawiły się bursztyny, tam pokazywaliśmy i oglądaliśy zdjęcia, tam był słchać lwowski akcent, tam również któregoś wieczoru pojawię się barszcz ukraiński (dobry był!)...
Ekoterroryzm pojawił się w Sobieszewie, wraz z resztą uczestników pleneru późnym wieczorem, w osobie Jarka. Od razu jednak zaznaczam że nie był to ekoterroryzm wojujący, a przynajmniej takiej jego formy nie dane nam było poznać. Na szczęście.

Pierwszy dzień pleneru, rozpoczęty o jakiejś barabrzyńskiej rannej porze - to dwunastokilometrowy spacer. Po asfalcie, po trawie, po kamieniach, plażowym piasku i leśnym dukcie. Czuło się w nogach zmieniające się podłoże, nowe pyłki w powietrzu i dzień wcześniejszą podróż przez pół Europy tak, że po południu do ptasiego rezerwatu wybrała się już grupa pomniejszona o jeden.

Dzień drugi to wyprawa na krawędź ziemi. Tak by przynajmniej można było sądzić patrząc z promu w kierunku ujścia Wisły... zachmurzona rzeka zlewała się z zachmurzonym niebem zupełnie zapominając zaznaczyć linię horyzontu. Istny Świat Dysku... Na wszelki wypadek sprawdziłem czy liny utrzymujące prom są porządnie zamocowane. Moja torba ze sprzętem mało przypomina Bagaż z jego małymi nóżkami, wiedziałem więc że mam małe szanse gdybym wypadł poza krawędź świata...
Potem był kilkukilometrowy spacer i kolejne ciekawe spostrzeżenie - wędkarsto to sport naprawdę ekstremalny i wracający do domu wędkarze byli naprawdę tak bardzo zmęczeni, że wielokrotnie trudno było im utrzymać pozycję pionową. Łowienie ryb musi jakoś wpływać na grawitację, bo panowie odczuwali jej wyraźne zawirowania...


fot.-JerrY A potem były ptaki. Niestety za daleko żeby zrobić choć jedno sensowne zdjęcie. Wyjątkiem był gołąb i (chyba) pliszka. Gołąb prawdopodobnie zabłądził, albo szykował się do skoku przez Bałtyk do Szwecji bo siedział i medytował wpatrując się w horyzont zupełnie nie reagując na fotografujących go plenerowiczów. (Chyba) pliszka za to bawiła się z nami w kotka i myszkę (kotka i pliszkę?). Ustawiała się w niewielkiej odległości i na ruch podnoszonego do oka aparatu albo odwracała się do nas ogonkiem (w końcu mówi się że każda pliszka swój ogonek chwali), albo odlatywała kilka metrów dalej... i zabawa zaczynała się od nowa. Tak przeszliśmy prawie całą długość falochronu. Musze się jednak pochwalić, że jeden profil (chyba) pliszki udało mi się sfotografować. Szkoda, że poza tym że widać że to profil, i widać że to profil ptaka, to nic więcej z tego zdjęcia nie da się wyczytać... Szybka była, zaraza jedna...
Wracając ustrzeliliśmy Pepsi-Mana... i dowiedzieliśmy się jakim to super laserem dysponują wojska rosyjskie (a może radzieckie? nie wiadomo, bo Pepsi-Man używał słowa Ruscy, a przecież wszyscy wiedzą, że Ruś już od jakiegoś czasu na militarnej mapie świata nie liczy się zupełnie).
Potem był obiad. I placki kartoflane z dużą ilością na ostro przyrządzonej cebulki i małą ilością wołowiny. Palce lizać! Co zresztą bezwstydnie robiłem, zupełnie nie przejmujac się kateorią lokalu w którym jedliśmy. Warto było czekać! W razie potrzeby służę adresem.
Popołudnie spędziliśmy w pokojach, oddanym nam do dyspozycji salonie i przede wszystkim przy wspomnianym wcześniej stole w otoczeniu bursztynów i zasłuchani we lwowski akcent.

Następnego dnia padało. Plenerowicze zbuntowali się i postanowili nie wychodzić. Obrabialiśmy zdjęcia, przynajmniej niektórzy, a po południu i wieczorem zrobiliśmy sesję "studyjną" i próbowaliśmy fotografować bursztyny. Właściwie to głównie fotografowali Jarek, Krzysztof i Tadek reszta zaś była za modeli (albo statyw do lampy) lub oddawała się przyjemnościom towarzyskim. Tego dnia wieczorem wysłaliśmy zdjęcia na serwer FujiFilm Polska.
  Czwarty dzień pleneru to wyprawa do Stoczni. Przed bramą spotkaliśmy się z Tomkiem (który był z nami umówiony) i Piotrem (przypadkowo spotkanym fotografem, któremu zaproponowaliśmy wspólną wyprawę) i stoczniowymi kotami, którym głaskania i karmienia nigdy nie było dość. Jako że Stocznia duża, a my mali (albo nas mało - jak kto woli) wszędzie nie weszliśmy i wszystkiego nie sfotografowaliśmy. Z nielicznymi pracującymi tam jeszcze ludźmi mieliśmy niewiele do czynienia, utkwiło mi jednak w pamięci (gdy przymierzałem się do sfotografowania jakiejś wyglądającej mi malowniczo rury) jak jeden z pracowników powiedział do drugiego - "patrz popsuty zawór fotografuje"... ciekawe czy gdyby zawór był sprawny to zdjęcie byłoby lepsze czy wręcz przeciwnie...

Piąty dzień zaczał się od pytania - "czy kurier dostarczył już zdjęcia?"... i w zasadzie to pytanie powtarzane było aż do 14.15 kiedy Tadek z Cyprianem po szaleńczym rajdzie za kurierem wreszcie dowieźli zdjęcia do Wyspy Skarbów. Szybko rozpakowane i przebrane zdjęcia zaczęliśmy oprawiać i wieszać o 14.30. Co dawało nam całe półtorej godziny na przygotawnie wystawy...
Zdążyliśmy, w pewnym momencie jednak trzeba było twardo powiedzieć, że nie ma czasu na wybieranie, aranżowanie itp i wieszamy tak, jak nam pasują formaty. Szkoda, bo przez to kilka fajnych zdjęć zafunkcjonowało w Sobieszewie tylko na pokazywanym podczas otwarcia filmie.
Najbardziej stresującą dla mnie chwilą było gdy usłyszałem "mamy 6 minut do otwarcia", podczas gdy wciąż mieliśmy jeszcze kilka zdjeć do powieszenia..

fot.The Mis'

Wystawę otworzył Cyprian - kierownik Wyspy Skarbów. Po nim tłumaczył się za nas Tadek. W tajemnicy powiem, że to fajne uczucie, gdy to inni muszą się produkować przed publicznością, a my możemy sobie spokojnie patrzeć w sufit. Po przemówieniu Tadka nastąpiło małe (zaplanowane prze ze mnie) załamanie planu i miejsce mówcy zajął Piotr Nowotny - aktor i mój serdeczny, od wielu lat, przyjaciel. Poprosiłem go kiedyś żeby podczas otwarcia wystawy "powiedział wierszyk"... nie sprecyzowałem jaki, sugerowałem jedynie, żeby jakoś nawiązał do słow "obraz" lub "pejzaż"...
Piotr zaskoczył wszystkich, w tym mnie, wyborem wiersza i sposobem interpretacji. Słuchając go nie mogłem pozbyć się myśli, że znam te słowa, jednak za nic nie potrafiłem sobie przypomnieć co to jest. A był to wiersz "Małe dzieci" Cypriana Kamila Norwida. W role młodej pary Piotr wcielił dwie wiodące w Polsce partie polityczne. Nawiązaniem, o które prosiłem były słowa "..do wód ich wysłali..." i wskazanie na jedno ze zdjęć.
Może nie było to do końca na temat, ale na pewno na czasie... Dzięki Piotrze! Udało Ci się nieco poruszyć słuchaczy...

Potem już tylko szybkie jedzenie, czyli że nie musieliśmy czekać dłużej niż pół godziny i raid na dworzec. I znów Piotr okazał się nieoceniony - autobusem byśmy nie zdążyli. Albo na pociąg, albo zjeść.

Czy było warto jechać? Na pewno. Czy chciałbym powtórzyć ten plener? Na pewno nie w tej formie - odbiorcom (i autorom) zdjęć należy się nieco więcej niż dostali. A dostali to, co dostali z powodu najzwyklejszego braku czasu... Kolejne plenery musimy planować inaczej, uwzględniając przede wszystkim to wszystko, co może się nie udać...

The Mis'


 

 

 
{jcomments on}
 

Napisali do nas...

Paulina Llera Arias

Najczęściej czytane

2319
Wyspa Sobieszewska
Paulina Llera Arias* W długi majowy weekend...
1211
:: Sobieszewo 2010 :: Sparrow.
  Tadek (sparrow) Piątek, 30 kwietnia:Między południem a...
983
O co chodzi...
Po co i dlaczego organizujemy plenery...
959
Korzyści z pleneru
Szukasz pomysłu na ciekawe wydarzenie kulturalne...
897
Legionowo 2009
  Legionowo :23-26 IV 2009 Wydarzenie...